Te i więcej wyobrażeń o gangsterach z Los Angeles, wszechobecnych bezdomnych i silikonowych blondynkach z Orange County chciałam przywieść ze sobą do Stanów.
Nafaszerowana dawką "Californiacation", "Dexter", "New Girl" osadzam Los Angeles na mapie moich planów.....i.....milion innych destynacji. Bo dorosła, doświadczona dziewczynka wie już, że nie warto jechać, odhaczyć atrakcję turystyczną i na wstecznym biegu z driftem śpieszyć się do następnej. Jako poważna już osoba zostawię sobie trochę więcej czasu na kontemplowanie życia i podziw dla matki natury.
Podekscytowana, zaczęłam znaczyć punkty na mapie google, miejsca o których internety piszą epopeje, że pięknie i warto i tak dorobiłam się 5 tysięco km trasy - tworu na kształt symbolu infinity.
Serialowy freak może jednak zostać dostatecznie usatysfakcjonowany kilkoma dniami w Los Angeles i okolicach a reszta podróży może składać się na zapierające dech w piersi liczne, osadzone na zachodzie Parki Narodowe <zródło: Instagram>. Z tym założeniem mapkę google zapisałam i tak oto wyglądała w oryginale:
Życie jak zwykle zweryfikowało plany małego człowieka i w rzeczywistości droga i atrakcje turysyczne okazały się nieco inne niż planowane, drogi często zawiłe a przerwy nieuchronnie częste i nieplanowane. Do tego odwiedziliśmy dodatkowo San Diego, Annaheim dla Disneylandu i dwurotnie Las Vegas bo tam było super.
Mimo to większość atrakcji udało się zobaczyć a relacjez poszczególnych miejsc już wkrótce!
Stay tuned!
Stay tuned!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz