20.08.2015

Pekin krok po kroku CZ. 2, Hutong, Dongcheng

Ponoć Pekin dopiero przez ostatnie ćwierćwiecze przeobraził się w to nowoczesne pulsujące życiem miasto którym jest dzisiaj. Niestety część dokonanych w nim zmian była dość kontrowersyjna. Olbrzymi obszar historycznej dzielnicy Hutong został zmyty z powierzchni ziemi a na jego miejscu powstały nowe centra handlowe i drapacze chmur. Mimo to próbowałam cieszyć się pozostałościami chińskiej historii a miasto jest fajną mieszanką tradycyjności (czy czegoś co ją udaje) z nowoczesnością.


Typowy widoczek w dzielnicy hutongów i chińska wersja smarta. Takim to bym w końcu umiała parkować.



Resztki dzielnicy Hutongów okazały się niezwykle uroczym miejscem,  dobrym do obserwowania lokalnych przy grze w mahjonga i ping ponga.
Nic nie brzmi chyba bardziej chińsko niż te dwa słowa skombinowane w jednym zdaniu o_0.
Serio! Nie wymyśliłam tego! Błądząc po wąskich uliczkach natknęłam się na kilka placyków rekreacyjnych na których lokalsi spotykają się wspólnie umilając sobie czas grą.



czwórka gra, reszta się przygląda. Mahjong.


Spacer w tej części Pekinu (północny Dongcheng) jest zajęciem absorbującym zdecydowaną większość dnia, chyba, że akurat zdecydujemy się na wsparcie lokalnych rikszarzy i za niewielką opłatą (low season: 80 juanów) pozwolimy elegancko oprowadzić się miłemu Panu Chińczykowi. Wprawdzie nie skorzystałam z tej przyjemności, ale po kilku godzinach spacerowania trochę zaczęłam tego żałować. Naganiacze uprzejmie proponują swoje usługi po wyjściu bramą południową z Zakazanego Miasta, obiecując kierowanie się na szczyt wzgórza w Parku Jingshan, z którego rozpościera się mega widoczek.
Jakby nie było do większości okolicznych atrakcji dotarłam pieszo a kierując się na północ od Zakazanego Miasta są to:
  • Jingshan Park + Biała Pagoda
  • alejki dzielnicy Hutongów
  • Drum Tower i Bell Tower
  • Świątynia Kofucjusza
  • Świątynia Lama
Jingshan Park (2 juany, chociaż weszłam za darmo nie wiedząc czemu) to zdecydowanie jeden z "must see" w Pekinie ze względu na przepiękny widok na Zakazane Miasto (jedyne wzgórze Pekinu) i możliwość obserwowania lokalnych (zwłaszcza wczesnym rankiem) podczas ich rutynowych ćwiczeń tai chi, śpiewów (wycia :)).


widok na Zakazane Miasto z Parku Jingshan.
typowy widoczek, nieco nowsza okolica hutongów.


O Hutongach już wspominałam. Fajnie jest się zgubić i tym samym odnaleźć trochę bardziej autentyczne miejsca, pamiętając o zachowaniu szacunku i nie mierzeniu mieszkańcom obiektywów aparaty prosto w twarz czy w okna ich domów.
 Problem zaczyna się wtedy, gdy podczas naszej eskapady w głąb uroczych hutongów nieco oddalimy się od miejsc turystycznych i akurat będziemy mieć ochotę na obiadek, kolacyjkę, wrzucenie czegoś na ząb. Wchodząc do restauracji wyglądających niepozornie, nieturystycznie możemy mieć pewność, że jedzenie trzeba będzie zamawiać na migi albo na chybił trafił. Na szczęście często możemy napotkać się na zdjęcia potraw wywieszonych na ścianach lokalu - wystarczy wskazać paluchem.
Na pewno wyzwaniem jest zamówienie jedzenia komuś, kto ma specjalne wymagania, alergie pokarmowe.
Zachęcające, ale się nie skusiłam. Tłumaczenie: "Tajemnicze i magiczne pierożki Wiecznego Cesarza"

Menu TYLKO po chińsku i efekt zamówienia na chybił trafił. Zupka z tofu i kapusta na ostro. Kelnerka z litości wcisnęła mi bułkę ryżową, żeby kapusty nie jeść "na sucho".

Ja osobiście nie mam szczególnie wymagającego podniebienia. Chociaż będąc głodnym niekoniecznie mam ochotę na gotowane jelitka czy inne specjały, których normalnie nie szamam na co dzień. Osoby wymagające muszą pamiętać o tym, żeby mieć ze sobą kilka przygotowanych tekstów po chińsku.



"Rękawice kuchenne" i "fartuszek" przy każdym skuterku to MUS ze względu na mróz


Drum Tower i Bell Tower to dwie wierze stojące naprzeciwko siebie w dzielnicy Dongcheng North. Nie warto wspinać się na obydwie, zwłaszcza, że za taką przyjemność trzeba zapłacić (ok. 20 juanów). Zdecydowanie lepiej wejść na Wierzę Dzwonu i przy okazji obejrzeć sobie wypaśny dzwon + widok na wierzę Bębna i hutongi.


było BARDZO zimno. Ten Pan chyba długo będzie żył.

na Wieży Dzwonu, widoczek na hutongi.


Świątynie są warte zobaczenia jeśli nie zamierza się jechać w głąb Chin i na Pekinie się poprzestaje. Zwłaszcza w Prowincji Syczuańskiej podobnych świątyń widziałam setki. Jednak jeśli ktoś ma ochotę lub poza Pekin się nie wybiera, to zdecydowanie warto obejrzeć sobie Świątynie Lama (ok. 30 juanów wstęp). Jest to najlepiej odnowiona tybetańsko - buddyjska świątynia poza Tybetem.


Świątynia Lama i tybetańska mniejszość narodowa.

Temple of Heaven.


 Pod koniec dnia wybrałam się do Parku Temple of Heaven (15 juanów), który na pewno jest bardziej imponujący przy lepszej widoczności lub o innej porze roku. Przynajmniej udało mi się podejrzeć ćwiczących akrobatów, tańczące tłumy do techno-podobnych utworów i dziadków wyciskających ósme poty na otwartej publicznej siłowni.

Nie lada atrakcja! To co powaliło mnie na kolana swoją autentycznością okazało się tylko wstępem do tego co miałam później widzieć w chińskich parkach publicznych. Mówiąc inaczej, staruszkowie jeżdżący na stacjonarnych rowerkach, czy babcie tańczące tango to normalka nie tylko w parkach, ale większych placach w mieście. Nikogo to nie dziwi. Muzyka na fulla i trening aerobowy zaliczony. Przyłączyć może się każdy, chociaż babcie, wyglądają raczej jakby występowały przed publicznością. Każda doskonale zna układ i kroki, może ćwiczą w domu? Wie ktoś coś na ten temat? W każdym razie są to kolegialne ćwiczenia fizyczne i super atrakcja!

W samym parku jest sporo antycznych cyprysów i można trochę pobłądzić albo się zrelaksować, ale poza Temple of Heaven, która właściwie świątynią nie jest tylko swojego rodzaju ołtarzem, nie było tam nic szczególnie wartego zobaczenia.

Poniżej jeszcze kilka zdjęć powstałych w wyniku błądzenia po mieście.


Zamarznięte jezioro przekształcone w plac zabaw. Na rowerkach po tafli lodu. Na pewno fajnie!

trochę bardziej funkowa część miasta, nowoczesne knajpy, sklepy..

To co Pan serwował na wagonie to było niebo w gębie. Wielkie bloki karmelowych batonów na wagę. Niestety policja przyszła i wszyscy szybciutko czmychnęli, nie zdążyłam kupić.

Na koniec jeden z moich ulubionych sklepów ze względy na jego gwiazdę: KOTA, W tym sklepie można było malować jego mini wersję, sam chętnie pozował.





15 komentarzy:

  1. Podoba mi się, że zdjęcia są wykonane zimą - obraz miasta jest zupełnie inny niż na tradycyjnych pocztówkach.
    Pierożki cesarza są najlepsze :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pierożki ogólnie są genialne. Ulubione to te z krewetkami..mmm.. Ciekawe jakie nadzienie miały te cesarzowe..

    OdpowiedzUsuń
  3. te pierożki brzmią ciekawie. Tam jeszcze nie byłam, ale zdecydowanie jest na mojej niekończącej się liście miejsc do odwiedzenia :) ..

    OdpowiedzUsuń
  4. Znam to.. mam wrażenia, że moja lista z każdym odhaczeniem miejsca jeszcze bardziej się poszerza.. Tyle miejsc do odwiedzenia tak mało czasu i kasy ;/

    OdpowiedzUsuń
  5. przepiękne widoki :)
    kociak śliczny :))
    zjadłabym taką pikantną kapustę :)
    a tym autem pewnie i tak bym nie zaparkowała.. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. http://triviaaboutme.blogspot.com/

      Usuń
    2. Mam poważne problemy z parkowaniem, dlatego wydaje mi się, że tylko taką uroczą miniaturką to by mi się udało. Kapusta była niczego sobie.

      Usuń
  6. Ciekawe rzeczy opisujesz. Najbardziej podoba mi się zdjęcie na którym panowie grają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panowie zbierali się w grupki na każdym parku i placyku. Fajnie oglądać sobie takich dziadków pochłoniętych grą i rozmową.

      Usuń
    2. U mnie grają w szachy na podwórku, panowie są już na emeryturach.

      Usuń
    3. Fajnie! U mnie jedyne w co grają (osobniki w różnym wieku zresztą), w bardzo popularną grę: "to nie mój pies narobił"..

      Usuń
  7. Witaj. W podobny sposób wspominam wizytę w Hutongach. Ja skorzystałam na koniec z rikszy i nie żałuję ;) Gdybyś miała ochotę zobaczyć moje wspomnienia z Chin zapraszam Cie na achtabowska.blogspot.com. do sklepu z kotem niestety nie trafiłam, a nie ukrywam to zdjęcie rozłożyło mnie na łopatki. Musiało tam być super! Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie, że wpadnę! Co do rikszy to wiedziałam, że może być to dobry pomysł. Niestety często próbuję zwiedzanie ogarnąć samemu i na nogach, nie zawsze dobrze na tym wychodzę :)

      Usuń
  8. Fajną rozrywkę na tym jeziorze zrobili :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. łyżwowe rowerki. Że też u nas tego nie ma ..

      Usuń