22.07.2015

Chiny i AIESEC - tak to się zaczeło

Pewnego pochmurnego wieczora (bo w Lubece większość wieczorów taka do niczego) poczułam znajomą potrzebę znalezienia się gdzieś daleko. I nieważne z jakich powodów, ważne, że potrzeba silna a w głowie tylko jedno. Chiny obrałam sobie za cel, może dlatego, że wiele o tym fascynującym kraju nie wiedziałam i jakoś nikt ze znajomych specjalnie się tam nie wybierał..

Chiny zatem!

 





Po chaotycznym przeszukiwaniu internetu kilka opcji przykuło moją uwagę. Propozycje podjęcia pracy jako nauczyciel angielskiego powtarza się nagminnie jako możliwość dłuższego zaczepienia się o Chiny. Także praktyki, wolontariat.. Halo! To brzmi znajomo! Wiele osób napominało mi o wyjazdach na praktyki organizowane przez studencki AIESEC. Szukania ciąg dalszy. Tym razem doświadczenia uczestników biorących udział w programach AIESECu idą na tapetę. Poza tym, że lepiej do Indii się nie wybierać, samo organizowanie wyjazdów przez studencików to dziecinada i błędy wynikające z braku doświadczenia, wiele znaleźć nie można a już na pewno nie o Chinach.
Nie zniechęcona informacjami zdecydowałam się wysłać zgłoszenie do jednej z siedzib AIESECu w Polsce, gdyż wolałam skoncentrować się na czymś mniej zobowiązującym niż podjęcie pracy w Chinach.
Po rozmowach kwalifikacyjnych dostałam odpłatny dostęp do bazy praktyk i wolontariatów. Tu pierwsze spostrzeżenie: mimo iż dostęp miałam, jak później się okazało aplikować mogłam tylko na wolontariaty (które są krótsze no i za friko). No ale dobrze się nawet składa, przymierzałam się kilka razy już do pracy wolontariusza a jak w Chinach mi się spodoba to prace nauczyciela łatwiej mi będzie znaleźć już na miejscu. Niestety tu kolejne rozczarowanie, w związku z końcem obowiązywania jakichś tam umów wyjazdów do Chin już nie ma! Mamusiu!! Ekhm przepraszam.. Są, ale kontakt, rozmowę kwalifikacyjną i akceptacje mojego podania muszę załatwić w ciągu dwóch tygodni.
Była adrenalina, więc tak się wciągnęłam, że o innych opcjach wyjazdu czy innych celach podróży przestałam już myśleć.
I tak oto znalazłam się w Chengdu z moimi wspaniałymi kolegami wolontariuszami i organizatorami samego przedsięwzięcia. Samo miasto w prowincji syczuańskiej to był cel mojej podróży, ale nie jej początek. Zaczęło się od Pekinu i moich pierwszych doświadczeń z mentalnością lokalnych i problemami w komunikacji. Niestety tak dobrze jak w Pekinie miało już nie być..



Od lewej przedstawiciele: Polski, Malezji, Indii, Tajwanu oraz dwójka z Indonezji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz