19.03.2016

Nowy Rok w Laos to pole bitwy - Mokre szaleństwo Azji

Jest taki czas w roku gdzie na ulicach większości miast Azji Południowo-Wschodniej zaczyna panować wojna. Walczy się kilka dni przeciwko znajomym, przyjaciołom czy nawet rodzinie. Czasami z konieczności przetrwania w tych trudnych warunkach przystajesz z najgorszym wrogiem, obcym człowiekiem czy nawet turystą. Stworzycie zespół po to by osiągnąć wspólnie cel. Zmoczyć jak największą liczbę osób w jak najbardziej spektakularny sposób.




Po wyczerpujących bitwach, takich które trwają nawet kilka dni, zostaje tylko spokój i ślady mokrego szaleństwa. Miasta wymierają, ulicami płyną strumienie wody, w rowach leżą puste butelki, ubrania, polegli w bitwie skacowani wojownicy, którym nie udało się wygrać walki z jakże zabójczym i nierównym wrogiem jakim jest szalona impreza i duże ilości alkoholu. 
Pozostałości po wydarzeniach minionych dni, są namacalne. Wtedy można też spokojnie przemieszczać się po miastach bez strachu przed zostaniem oblanym wiadrem lodowatej wody, nie jednym. O nie! Bynajmniej. Wiadra czekają co 100 metrów, są na każdym kroku. Do tego pistolety na wodę, miski, butle, butelki, buteleczki, pojemniki, worki foliowe, kubły, kanistry. Wszystko co nadaje się do przemieszczenia płynów. Wydaje cie się, że jako mały dryblas brylowałeś na dzielni podczas Śmingusa Dyngusa w Wielki Poniedziałek, bo zmoczyłeś kilka panienek z małego sikającego wodą plastikowego jajka?
Nic nie wiesz o wojnie.
O czym mowa?

Mowa o święcie Songkran, buddyjskim Nowym Roku. Obchodzonym w kwietniu, na Sri Lance, w Tajlandii, Laosie, Kambodży i Birmie, w odróżnieniu od Chin, Korei i Wietnamu gdzie świętuje się w styczniu lub lutym. Songkran w Azji Południowo wschodniej cechują spotkania w gronie rodziny, wesołość, żywiołowe oblewanie się wodą i wielka impreza przyciągająca także turystów.

Nie masz szans. Nie będziesz suchy. Z nimi nie wygrasz. Teraz nie pozwiedzasz. Wszyscy przeciwko jednej samotnej jednostce z piekielnie drogą cyfrówką na szyji, broniącą swoich zdjęć i swej dumy własnym ciałem.
- Nie zmoczcie mojego dziecka!
Ja- samotna wśród szalonych.
-Chciałam tylko w spokoju pozwiedzać. Nie wychylać się.
Pierwsze minuty po strasznie długiej i niewygodnej podróży autobusem nocnym. Gdzie twoje niewielkie łóżko (tak. w nocnych mają łóżka) dzielisz z obcą sobie osobą, z którą w bardzo krótkim czasie musisz być bardzo blisko. Tak blisko, że po wymianie grzecznościowych zakłopotanych  uśmiechów musisz już zdecydować kto jest "dużą łyżką" a kto małą. W tym przedziwnym uścisku z nieznajomym jedziesz po wertepach i próbujesz spać. Bardzo wczesnym rankiem dojeżdżasz do twojego celu. Luang Prabang.
Ekscytacja! W końcu widziałeś zdjęcia w necie. Słyszałeś, że będzie bosko. Jest tylko jeden mały problem. Podczas gdy ty zaplanowałaś sobie zwiedzać miasto, zjeść coś fajnego, połazić, pocykać foty, nie narażać się nikomu.. odbywa się w całej Azji święto Nowego Roku.
Chyba.. Eeeee nie będzie tak źle.....
No więc jeszcze raz: Pierwsze minuty po długiej i nieprzespanej nocy, klasyczna kłótnia z taksówkarzami i facetami od busików, targowanie się o stawkę kursu.
-Nie mam sił. Wieź mnie do miasta człowieku.
Siedząc już na ławeczce w otwartej przyczepie pojazdu bez okien, opuszczam bramy dworca.
Tam - pierwsze wiadro. Uff. Niecelne. Tzn. calne ale nie prosto w twarz, trochę na spodnie.
Stoimy na światłach a tam zza winkla już ktoś inny leje z drugiego wiadra. Tym razem celnie.
Po okołu 45 sekundach od wyjazdu z dworca byłam przemoczona do suchej nitki, plus wierzchnie warstwy plecaka (tani, przemakalny) z wszystkim co posiadam.
Najbardziej hardcorowy Śmingus Dyngus EVER!

Znalezienie hotelu też nie okazało się takie proste. Spływający makijaż ograniczał widzenie. Nerwy zszargane, nie możesz się bronić. Leją z wiader z każdej strony.
Ten polecany już pełny, nie ma miejsc. Nigdzie nie ma miejsc. Okropnie wysokie stawki za nockę. Szukam dalej, byle tanio i się w końcu doprowadzić do porządku. Zmyć z siebie makijaż, trochę się uspokoić i uzbroić w pistolet na wodę.

I tu krótka uwaga: zwiedzanie spontaniczne jest bardzo pouczające. Już wiesz, żeby nigdy więcej tego nie robić, tylko w końcu zaplanować coś jak człowiek, zabukować normalny hotel, żeby potem nie trzeba było go szukać po całym mieście. Zwłaszcza w święta.

Hotel cudem znalazłam, ubrałam się na czarno i wyszłam na miasto. Na czarno ponieważ podczas tego mokrego szaleństwa nie leje się tylko zwykłą wodą. To byłoby zbyt nudne. Do wody dosypuje się różne barwniki po to żeby było je widać na białych koszulkach. Zbyt wielu ubrań ze sobą wtedy nie miałam, więc nie chciałam się pozbywać moich jasnych T-shirtów.
I tak zaopatrzyłam się w pistolet na wodę i walczyłam dzielnie co jakiś czas próbując wejść do świątyni i pooglądać trochę samo miasto. Walka byłą momentami nierówna, ponieważ całe bandy pakują się na samochody z przyczepkami i z nich leją przechodniów olbrzymimi strumieniami wody. Do tego muzyka na fulla i tak jadą przez miasto. A raczej stoją w korkach i imprezują na stojąco. Bardzo spektakularnie.

chyba nie są zaskoczone..

prosto na gębę :)

wiszą z samochodu, drzwi nie domykają

basen pod domem.. praktycznie

te zafarbowane na kolorowo

najgorzej na skuterze


wow. mocny strumień

mała dyskretnie polewa wężem ogrodowym

przemoczeni

kanistry wody w gotowości


a masz na plecki




Tym sposobem zupełnie nieświadoma i zaskoczona skalą święta doświadczyłam na własnej skórze i miałam przyjemność uczestniczenia w przywitaniu Nowego Roku w Laosie. Ten Nowy Rok 2015 witałam już po raz trzeci. Klasycznie 31 grudnia, następnie w lutym w Chinach i potem w Laosie na Songkran. Co za rok!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz