09.09.2015

Chiny jakie chcesz zobaczyć czyli Pingyao

Podczas gdy inne miasta w Państwie Środka wielokrotnie oddają się próbie odtworzenia urokliwych i historycznych budowli, Pingyao udało się zachować swoją autentyczność. Brak w nim przedziwnego kontrastu między Starymi i Nowymi Chinami czyli rzędem bezlitosnych wieżowców i gładziutkich wielopasmówek. 
Pingyao jest nie podrasowane i nie próbujące na siłę udawać mało przekonywujących świeżo wybetonowanych "urokliwych zakątków".  Miasto roztacza niesamowity urok antycznych Chin a większość z budynków znajdujących się w obrębie otoczonego murem centrum datuje się nawet na XIV wiek. Wow. Jeśli to nie przekonywuje do rzucenia gałką na to wspaniałe miejsce będąc w prowincji Shanxi, to już nie wiem co innego. :)


Jedna ze starych wież miasta.




1. Lokalsi

Ludzie faktycznie tam mieszkają i o ile główne ulice utrzymują się z turystyki oferując lokalne jedzonko (przepyszna sprawa, o tym niżej) czy pamiątki, to większość kamienic jest zamieszkana przez uroczą społeczność, wieszającą pranie na podwórkach i gawędzącą przy drzwiach z sąsiadami.

Pan po lewej sprzedaje specjalność regionu: cięte kluski.

Typowa uliczka w Pingyao.

Pingyao odwiedzałam zimą gdzie nawet mimo mrozu, błądząc po wąskich uliczkach miasta można przyjrzeć się dysputom sąsiadów czy procesji pogrzebowej (TAK. Byłam na stypie).
Miasto to oferuje też wiele fajnych niepozornych restauracyjek, które odwiedzane są przez lokalnych, którzy gapią się niemiłosiernie na białasa próbującego coś zamówić. Ów białas zamawia najczęściej polecaną potrawę i potem z wypiekami próbuje zachować kamienną twarz jedząc najostrzejsze kluchy z sosem EVER. To jest oczywiście powodem do śmiechu dla lokalnych i przełamuje lody.  Wygibasy ciała, trochę migowego języka i kontakt nawiązany. Na każde zadane pytanie biały odpowiada -Wo bu ming bai [nie rozumiem] albo -Wo lai zi Bolan [Jestem z Polski] i szczerzy zęby. Rozmówcy z uśmiechem przytakują dziwiąc się co niemiara, że ja z Polski, dyskutując zapewne gdzie to dokładnie. Po czym dalej z politowaniem obserwują białego starającego się zachować spokój i przeżuwającego w ciszy swoje kluchy. Onieśmielona kelnerka chichocze w kącie. Fajni ludzie! Miło, że się zachwycają moim widokiem - blond-biały zaróżowiony od mrozu i ostrych kluch.

Podczas moich spacerów oprócz stypy i  korowodu pogrzebowego natknęłam się również na lokalną imprezę. Do niej zawiódł mnie nagłośniony śpiew (hmm, nie wiem czy to właściwe słowo) starszego Pana Dziadka. Podeszłam do małego budynku - salki z nagłośnieniem i niewielką sceną i nachyliłam się, żeby obejrzeć sobie imprezkę. Pan występował przed grupką w podeszłym wieku i zawodził niemożliwie ku uciesze oglądających. Chyba był jakąś lokalną gwiazdką gdyż przyciągnął niezły tłum obserwatorów.

Mała salka wypełniona była po brzegi. W niej rozśpiewana gwiazda- Pan Dziadek.

Krótka wizyta w kościele katolickim to też nie byle jaka atrakcja. Nie co dzień ma się okazję uczestniczyć w mszy świętej odprawianej w języku chińskim. Do tego ludzie byli na tyle życzliwi, że wciągnęli mnie do środka i zaproponowali miejsce w ławce. Prze kochane!

Katolicki kościół w Pingyao

Zagubione owieczki.

2. Pyszności

Pingyao to takie miasto w którym chciałoby się zostać trochę dłużej i zrelaksować, do tego lokalne jedzenie jest pyszne i tak inne od tego co przyszło mi potem próbować. Kuchnia Shanxi chyba najbardziej znana jest z zamiłowania do octu i za swoje cięte nożem nudle (dao xiao mian), szczególnie te produkowane z yam ( po polsku Pochrzyn o_0 ), czy ze swojej solonej wołowiny. Miałam okazję spróbować większości specjałów kuchni Pingyao, gdyż pewna urocza parka mówiąca po angielsku zaprosiła mnie na wspólny obiad. Jak dobrze jest oddać się w ręce kogoś, kto potrafi rozszyfrować chińskie symbole i jest w pełni świadomy tego co zamawia. Mnie najbardziej przypadły do gustu kluchy a la cannelloni na parze z ostrym sosem i oczywiście cukierki imbirowe. Właśnie gdy zimno doskwiera napchanie się lekko ostrymi w smaku, ręcznie robionymi imbirowymi cukierkami to jest to!

Same smakołyki, od lewej: regionalne grzyby, coś na wzór rzepy z grzybami, kluski z yamu z wieprzowiną, solona wołowina a w miskach zupka z nudlami.


Kluchy na parze z sosikiem plus zupka o niezidentyfikowanym składzie. Obiad idealny!

3. Zimno wszędzie

Miasto znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO nie bez przyczyny. Pingyao udało się ominąć zapały komunistów w przeobrażenie wszystkiego na nowe i przyszłościowe. Zachowało swój magiczny charakter przez co przyciąga do siebie tysiące turystów.  Tłumnie, na głównych ulicach miasta było nawet w zimie przy - 20 stopniowych mrozach, na szczęście z łatwością uniknąć można wszechobecnych turystów spacerując po mniej zatłoczonych miejscach, albo wcześnie rano.  Do tego jak zrobiło się naprawdę zimno ulice wręcz opustoszały i po raz pierwszy spokojnie spacerowałam sobie po chińskim mieście, zmarznięta ale zrelaksowana.
Wąsając się po wąskich uliczkach Pingyao można odnieść wrażenie, że czas tutaj stanął w miejscu, do tego praktycznie nie ma tu ruchu motorowego.

Średniowieczne mury.
Typowa boczna uliczka zamknięta dla ruchu samochodowego.

Wzmocnienia muru od wewnątrz.
Od turystów o dziwo nie oczekuje się opłacenia biletu wstępu do miasta, płacić trzeba wtedy, gdy chce się wejść na mury obronne lub do jednego z kompleksu atrakcji. Kasa jaką trzeba wyłożyć na taką przyjemność jest dość przestępna, w niżowym sezonie to 100 juanów (59 PLN), do tego wielu zarzeka się że warto! 

Jedna z głównych, turystycznych ulic miasta.
uliczny stragan z pamiątkami.

Ospałe miasto ma w sobie jedyny w swoim rodzaju urok a możliwość spania w antycznej budowli - hostelu to niezapomniane przeżycie. Niestety w moim przypadku niezapomniane znaczyło raczej drogę przez mękę. Yamen Hostel (3,46 EUR za noc) bynajmniej nie okazał się dobrym wyborem. Nocowanie w nieocieplonym budynku, gdzie do zimnej łazienki trzeba zejść na dziedzinie to kiepski pomysł. Budynek jest uroczy i cena mega przystępna. ALE! Nie podczas zimy. Drzwi i wszystkie wnęki obwieszone kocami niekoniecznie zabezpieczają przed wydostaniem się ciepła a spanie w czapce, rękawiczkach i zimowej kurtce to konieczność. Były to moje początki w Chinach, więc "drobne" uniedogodnienia nie odebrały mi przyjemności ze zwiedzania.

Dziedziniec mojego hostelu.
Reasumując atmosfera, małe i wąskie uliczki, domy o autentycznej chińskiej architekturze są dokładnie tym po co do Chin przyjechałam. Bardzo zadowolona byłam z tego, że wybrałam sobie tą uroczą miejscowość za cel mojej podróży. Nawet mając niewiele czasu warto rozważyć Pingyao jako jeden z punktów na swojej mapie Chin.

Niech foty przemówią:


Jedna z atrakcji miasta. Świątynia?

Mury miasta widziane z zewnątrz.

Główny środek lokomocji.
Królewna i siedmiu krasnoludków.

Turystyczna ulica a turystów mało bo zimno.


W niedziele się nie pracuje?

Wieńce przed domem nieboszczyka.
Bardziej współczesne podwórko.
Kolejne..

Następne..

Piękne detale i wszędzie te latarnie!

Obwieszczenie dla mieszkańców na murze

Księgarnia?


Smutne psiaki Pingyao.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz